RSS
poniedziałek, 29 czerwca 2009
54

 

Pojechałyśmy na wakacje. Chciałam mieć ją choć chwilę na wyłączność. To był początek końca. Wiedziałam to, chociaż nie było jeszcze żadnych znaków. Rozstanie czuć na kilometr, na dziesiątki nocy i dni zanim nastąpi. Najpierw spadają małe kamyczki zniechęcenia, obojętności i rozkojarzenia. Spadnie tu, spadnie tam. Pierwsze ranią najmocniej. Niespodziewanie. Następne lecą zaraz potem. Większe, mocniejsze. Czasem próbujesz powstrzymać lawinę. Gołymi rękami podtrzymujesz kamienne niebo. Wiedziałam, że nie uratuję swojego. Zbudowałam mocne rusztowanie na trzy tygodnie. Kilkaset kilometrów, inne słońce. Opłacona pewność, że kiedy się obudzę, ona będzie obok mnie. Kilkaset bezpiecznych godzin. Jej młodość i radość tylko dla mnie. Patrzyłam na nią kiedy biegała po sypkim dywanie plaży. Była jak mały, szczęśliwy piesek. Miała beztroskie, młode włosy. Esencja młodości, z której napar zachłannie wypijałam. Jej skóra miała smak brzoskwiń. Kiedy brałam do ust jej włosy śmiała się i mówiła, że chyba jestem wariatką. Byłam wariatką z pełną świadomością uciekających godzin. Zbliżał się powrót do normalności, do domu, do innego słońca. Leżałyśmy na plaży, mokre i nagie. Powiedziała, że wyprowadzi się ode mnie na trzy miesiące. Stukot małego kamyczka. Może wróci w październiku. Drugi kamyczek. Jeszcze nie wie. Trzeci, większy, spadł z łoskotem. Pocałowałam ją w usta. Były ciepłe i suche. Nie chciałam, żeby o tym mówiła. Jeśli jesteś pewna, że chcesz coś zrobić nigdy nie poprzedzaj tego nadmiarem słów. Słowa czasem bolą bardziej niż to, o czym opowiadają.

środa, 03 czerwca 2009
53

Miałam czternaście lat. Powiedział, żebym przyszła do niego rano, zanim pójdę do szkoły. Był pietnaście lat starszy ode mnie. Mieszkał z rodzicami, w małym domu niedaleko szkoły. Musiałam trochę zboczyć z drogi, aby tam pójść. Kiedy zapukałam rano do drzwi nikt mi nie otworzył. Zapukałam więc w okno. Już miałam odejść kiedy firanka lekko się poruszyła. Zobaczyłam jego zaspaną twarz. Mówił coś czego nie mogłam przez szybę usłyszeć. Otworzył mi drzwi i powiedział wprost, że o mnie zapomniał. Zapytałam czy mam sobie pójść. Sama nie wiedziałam dlaczego przyszłam. Weszliśmy do jego pokoju. Był duży i ciemny. Czekam na to coś bardzo fajnego - powiedziałam, a on kazał mi zdjąć spodnie. Odwróciłam się, aby wyjść a wtedy on rzucił sie w moim kierunku, złapał za ramiona i prawie z rozpaczą zaczął mówić, abym została, że nie zrobi mi krzywdy, mam tylko zdjąc spodnie i położyć się na łóżku. Czasem mimo absurdu sytuacji czujesz jakieś pozytywne wibracje. Czujesz, że możesz sie nie bać chociaż twój mózg każe ci uciekać. Zostałam. Zdjęłam spodnie i położyłam się na jego łóżku. On też się położył, z głową między moimi udami. Odchylił materiał majtek i zaczął mnie całować. Wszystko trwało może kilkadziesiąt sekund. Poczułam coś czego nigdy wcześniej nie czułam. Coś, czego nie znałam. I wiedziałam, że będę tego chciała. Przychodziłam do niego prawie codziennie przed lekcjami. Wszystko odbywało sie zawsze tak samo. Wychodziłam po kilku minutach. Pewnego dnia zanim wyszłam powiedział mi, że chciałby pokazać mi jeszcze coś, ale nie może. Jest impotentem. Pocalowałam go w policzek i wyszłam. Kiedy zapukałam do drzwi nastepnego dnia otworzyła jego matka. Speszona chciałam uciec bez słowa, ale ona powiedziała mi że Jarek wyjechał. Pamiętam, że ogarnęła mnie wściekłość. Nie poszłam do szkoły. Włóczyłam się po polnych drogach i myślałam o Jarku. A potem poszłam do kościoła. Jeśli przeżyjesz coś wspaniałego, idź podziekować Bogu - zawsze powtarzała mi matka. Weszłam do zimnego i pustego kościoła. Uklękłam na kamiennej podłodze. Chciałam mówić, ale matka powtarzała, że należy modlić sie w myślach. Moje myśli były kulami pozlepianych słów. Pamiętam, że kilkadziesiąt razy powtórzyłam Bogu, że ciało wcale nie jest ohydne. I poprosiłam go, aby powiedział o tym mojej matce. Nie wysłuchał mnie. Nigdy później też mnie nie wysłuchał.

wtorek, 24 marca 2009
52

 

W sobotę i niedzielę byłam sama. Ela pojechała do swoich rodziców. Jej rodzice bardzo czekają, żeby w końcu przywiozła ze sobą swojego chłopaka. Opowiadała mi, że kilka razy poprosiła znajomego ze studiów, aby zagrał tę rolę. Rodzice uspokoili się na chwilę. Ela nigdy nie była z żadnym facetem. I nie zamierzała. Cały czas zamartwiała się, że kiedyś rodzice dowiedzą się o jej nienormalnych preferencjach. Oni chyba nawet nie zdają sobie sprawy, że lesbijki naprawdę istnieją – mówiła. Próbowałam ją pocieszać. Mówiłam o swoich rodzicach, opowiadałam o Monice. Zaklinała się wtedy, że ona tak nie skończy, że nie podda się żadnym społecznym presjom. Ja wiem, że będzie inaczej. Że skończy w roli żony i matki. Nie powiem jej o tym. Po prostu tak się stanie pewnego dnia.

Odległość ma chyba jakąś magiczną moc. W tygodniu Ela dużo czasu spędza na uczelni i prywatnych lekcjach, którymi sobie dorabia. Prosiłam, aby z nich zrezygnowała i była wtedy ze mną. Ona jednak nie chce moich pieniędzy. Kiedy jej nie ma w domu wiem, że jest gdzieś niedaleko. Że w każdej chwili mogłabym się z nią zobaczyć, pojechać na uczelnię albo poczekać gdzieś aż kończy którąś ze swoich lekcji. Nigdy tak nie robię, ale mam świadomość że mogłabym. Nie wiem w jaki sposób to działa. Teraz jednak, kiedy dzieli nas kilkaset kilometrów bardzo czuję jej brak. Czyżby tęsknota była wprost proporcjonalna do odległości? Czy można to zmierzyć i zapisać wyniki w tabelce? Nie potrafię znaleźć odpowiedzi. Znajduję tylko pytania.

Wieczorem położyłam się na kanapie w salonie. Pomyślałam, że teraz Ela ogląda swój ulubiony serial. To dla niej sprowadziłam do domu telewizor. Chciałam go kupić specjalnie dla niej, ale odmówiła. Podczas rozmowy z Wojtkiem przypadkowo powiedziałam o tym telewizorze. Okazało się, że ma jakiś mały, stary telewizor i może mi go dać. Teraz stoi w dużej szafie w przedpokoju. Ela zawsze wyciąga go stamtąd w porze swojego serialu, podłącza różne kable i siada na kanapie z jabłkiem. Powiedziałam, że telewizor może sobie stać na podłodze i nie musi go za każdym razem chować. Ona jednak nie chce zaburzać mojego porządku. Tak powiedziała. Bardzo lubię ten jej rytuał. Przyglądam się zawsze, jak otwiera szafę, wysuwa telewizor, ostrożnie go przenosi i ustawia na wprost kanapy. Kilka razy go przesuwa, szukając najlepszego miejsca. W końcu telewizor zostaje dokładnie w tym miejscu, w którym postawiła go na samym początku. Podłącza kable i siada na kanapie. Po chwili wstaje po jabłko. Wszystko robi zawsze tak samo, w tej samej kolejności. Lubię ten cały rytuał. Jego harmonia polega chyba na przewidywalności. Rytm rządzi całym światem i składa się z tysięcy małych, codziennych rytmów.

Poszłam po telewizor. Był cięższy niż myślałam. Węże kabli wiły się na wszystkie strony. Kiedy podłączyłam już wszystko telewizor mrugnął czerwonym światełkiem. Usiadłam na kanapie. Potem wstałam i poszłam po jabłko. Serial trwał kilkanaście minut. Patrzyłam, ale nic nie widziałam. Nie obchodzą mnie losy serialowych bohaterów. Nie umiem żyć cudzym życiem. Chyba dlatego, że nie ogarniam nawet swojego. Przełączyłam w końcu na inny program. Zobaczyłam wielkie błotniste pole, jakieś opancerzone pojazdy i biegających żołnierzy. Obwieszeni bronią czołgali się w błocie. Zamknęłam oczy i próbowałam wyobrazić sobie siebie. Na tym polu. Na ziemi. W kałuży. I nie potrafiłam. Mój ograniczony umysł nie wiedział jak to zrobić. Nie czułam zimnej ziemi, lepkiego błota i wilgoci. Zostawiłam telewizor i poszłam do sypialni poszukać tam Eli. Jej obecności i zapachu. Wzięłam jej czarną bluzkę i położyłam na poduszce. Poczułam jej włosy na twarzy i piersi na swoich piersiach. Kochałyśmy się choć ona była bardzo, bardzo daleko.

 

 

sobota, 14 marca 2009
51

 

Przeczytałam komentarze i nie mogę uwierzyć. Nie moge uwierzyć, że to co napisałam naprawdę ktoś przeczytał. Kiedy zaczęłam tutaj pisać, byłam przekonana że muszę to wszystko wyjąć z siebie i odłożyć gdzieś na bok. Przekładam litery z mojej głowy w jakieś wirtualne miejsce. Chyba jestem lżejsza o te wydarzenia, które tutaj zostawiam. 

Zakochałam się. Mieszkam z nią od trzech tygodni. Jest taka jak ja i jednocześnie zupełnie inna. Jest młodsza ode mnie. W samym środku mnie wiem, że pewnego dnia mnie zostawi dla przystojnego Jarka albo Marka. Nie ma to teraz dla mnie znaczenia. Chcę żyć tym co jest, bo to naprawdę jest. To co będzie mnie nie obchodzi. 

Ela wstaje rano i jedzie na uczelnię. Zamieniam wtedy poduszkę, żeby tulić się do niej nawet wtedy, kiedy już wyjdzie z domu i będzie jechała zatloczonym autobusem. Mężczyźni musieli pojawić się na świecie przypadkiem. Kobiety zupełnie sobie wystarczają do życia. Wiem, że to idiotyczne ale zaczynam wierzyć w różne abstarkcyjne bzdury. Ela mówi, że kiedy dwie kobiety mieszkają ze sobą to ich cykle się wyrównują. Jakimś cudem stało sie tak i z nami. Powiedziałam jej, że coś w tym musi być. Jestem męskim pierwiastkiem naszego związku. Pragnę jej ciała. Ela jest trochę nieśmiała, bierna. Gdybym była mężczyzną to oświadczyłabym sie jej. I przez moment sama bym wierzyła, że możemy się kochac i pragnąć przez całe życie. Oczywiście to nie byłaby prawda, ale wtedy nie miałoby to wiekszego znaczenia. Żadna miłośc nie trwa wiecznie. Czasem ludzie próbują się jednak sami oszukiwać. Niektórzy robią to tak wytrwale, że zastają ich złote gody. Chyba im zazdroszczę. 

 Słyszę jak Ela wychodzi z kąpieli. Chcę tutaj o niej pisać. Czuję, że znowu mogę i chcę pisać.

 

niedziela, 15 lutego 2009
50

 

Żonaci faceci to pewien podgatunek mężczyzn. Żonaty facet ma żonę i naprzysięgał jej kiedyś wszystko do grobowej deski. A potem pieprzy mnie i dzwoni kiedy możemy sie znowu spotkać. Żona gotuje obiad i odrabia z dziećmi lekcje. Facet długo pracuje i coś mu sie od życia należy. Pieprzenie żony zalicza do swoich obowiązków i stara się godnie wywiązywać. Chyba współczuję im wszystkim. Tym żonom i mężom. Ich powykrzywiane przysięgi nic nie znaczą. Słowa często nic nie znaczą. Lepiej po prostu nic nie mówić. 

Poznałam go przypadkierm. Czyli dośc typowo. Obrączka, wyprasowana ślicznie koszula i tęsknota. Za czyms innym, za chwilą albo kilkoma chwilami poza codziennoscią. Typ, który brzydzi się burdelem. Jakie to wszystko żałosne. Jesli kupujesz seks to zdradzasz naprawdę. Jeśli dostajesz go za darmo to zdradzasz na niby. Budujesz terorię 'szalonej chwili' i 'zatracenia'. Nie chciałem, ale tak się stało. Samo sie stało, nie musiałem nawet popychac wydarzeń.   Nie przeszkadzała mi jego obrączka. W zyciu trzeba byc egoistą. Albo zdradzasz ty, albo zdradzają ciebie. Seks ma tajemną moc. Te kilkadziesiąt ruchów i szybszych oddechów burzą czyjąś rzeczywistość jednoczesnie budując rzeczywistośc kogoś innego. Ciało posiada magiczną moc. Umysł się chowa. Rozpadają się rodziny, umierają przysięgi.

Zawsze chciałam byc ponad to. Czuć tylko tyle ile mogę znaleźć w kilku chwilach. Nic nie budować, bo w każdej chwili może nastąpić katastrofa. Tyle mamy z życia ile sami z niego wyciągniemy. Grzegorz od razu wiedział, że chcę to z nim zrobić. Po prostu.  Była kawa, rozmowa o tym i tamtym. Potem hotel. Rzucił się na mnie, co wcale nie było fajne. Nie przyszliśmy na ring tylko po seks. Nie szarp mnie - powiedziałam już mocno wkurwiona, bo wszystkie niewerbalne sposoby zawiodły. Spojrzał z wyrzutem. Chyba jego żona była wobec niego bardziej taktowna. Po prostu zwolnij trochę - powiedziałam, a w nim obudziła się agresja. Złapał mnie mocno za ręce, obrócił tyłem do siebie i rzucił na łóżko. Nie miałam szans. Po chwili był juz nade mną, rozchylił moje nogi i zaczął mnie pieprzyć. Zacisnęłam zęby. Wcisnęłam twarz w sztywne prześcieradło. Wiedziałam, że nie użył prezerwatywy. Byłam bezsilna. Czekałam, aż skończy. Zaczęłam myśleć o Wojtku, jego dobroci i wyszywanych obrusach. O wszystkim czym pogardzałam i za czym tęskniłam. Grzegorz skończył wreszcie i bez słowa wyszedł. Znajdę cię - krzyknęłam zanim zamknął drzwi. Nie próbuj - odpowiedział przez zęby. Przez kilka godzin leżałam tam, półnaga. Zasnęłam nawet na kilka chwil. Potem wzięłam prysznic i pojechałam prosto do ginekologa po pigułkę. Nie czułam się zgwałcona ani wykorzystana. Wydarzenia przyjmują czasem nieoczekiwany kształt. To, że go nie zaakceptujesz niczego nie zmieni.

 

wtorek, 03 lutego 2009
49

 

Już miałam wracać do pracy kiedy niepostrzeżenie wkradł się kryzys. Najpierw było słychać jego złowieszcze kroki gdzieś bardzo daleko, tak daleko że nieprawdziwie. A potem, z dnia na dzień pojawił się tu i teraz. Wlazł do głów, umysłów. Nie mogłam poznać firmy, w której pracowałam. Cięcia, redukcje, zwolnienia, plany awaryjne. Blady strach. Rozwiązałam umowę z końcem stycznia za porozumieniem stron. Nie mam woli walki. Nie teraz. Ledwo pozbierałam się trochę do kupy, moje życie zaczęło toczyć się powoli i bez pośpiechu. Wiem, że w pewnym momencie poczuję zew. Zacznę szukać jakiegoś wyzwania i okazji, żeby znowu sobie coś udowodnić. Tak postrzegałam życie od najmłodszych lat. Zadanie, plan wykonania i do ataku. Może byłam swoim największym przeciwnikiem? Biegłam sama ze sobą. Inni też biegli, ale ja najbardziej chciałam wygrać nie z nimi a ze sobą. Przegrana nie wchodziła w grę. Chyba niedawno zrozumiałam, że największa sztuka to godnie przegrać. I że czasami przegrana oznacza zwycięstwo. A może to po prostu fizjologiczny proces starzenia organizmu? Mechanizm obronny? Chemia mózgu naprowadza organizm na właściwy tor, bo zdaje sobie sprawę z coraz większych fizycznych ograniczeń? Nie czuje się stara. Mam ciągle dwadzieścia lat. Może jednak nieskutecznie się oszukuję? Może mój dotychczasowy życiowy maraton wyczerpał większość moich sił? Człowiek jest wielka zagadką. Czasami jest pewien, że absolutnie panuje nad sytuacją i daje radę. I umiera na zawał. Albo wylew, albo inne okropieństwo. Tylko raz poczułam się bezradna. W środku nocy obudził mnie potworny ból serca. Byłam przekonana, że umieram a moje ciało jest skazane na długotrwałe gnicie w tym domu. Prawie czułam te rozkładające się zwłoki i żal mi się zrobiło siebie samej. Zadzwoniłam na pogotowie i powiedziałam, że chyba mam zawał. Przyjechali bardzo szybko. Nie wiem jak udało mi się zwlec po schodach na dół, żeby otworzyć drzwi. Zemdlałam natychmiast po ich otwarciu. Kiedy odzyskałam przytomność leżałam na kanapie w salonie, a obok mnie były dwie osoby w białych kitlach. Jedna z nich powiedziała, że dostałam bardzo silne leki uspakajające i że mam zdrowe serce. Miałam tylko silny atak nerwicy. W pierwszej chwili pomyślałam, że żartują i chcą mnie pocieszyć bo pewnie moje serce wisi na jakichś cienkich postronkach i nie chcą mnie załamać. Jeden z nich powiedział wtedy, że muszę się wybrać do lekarza psychiatry. Zawsze wiedziałam, że nie jestem normalna. Nie musiał tego nawet potwierdzać lekarz. Facet w fartuchu kontynuował wywód o stanach lękowych i możliwości wywołania przez nie objawów takich jakich przed chwilą doświadczyłam. Poszli wreszcie, a ja zasnęłam za sprawą tych wszystkich środków chemicznych, które we mnie wpakowali. Zanim zasnęłam pomyślałam jeszcze, że chyba lepiej mieć chore serce niż bałagan w mózgu. Postanowiłam, że jeśli coś podobnego przydarzy mi się po raz kolejny to na pewno nie zadzwonię na pogotowie. Spokojnie położę się i zemdleję. Kiedy się ocknę zadzwonię natychmiast, aby umówić wizytę u psychiatry. Nic podobnego jednak mi się nie przytrafiło. Przynajmniej do dziś. A może stan, w którym właśnie jestem, coś w rodzaju letargu to łagodniejszy objaw odreagowania na wszystkie mniej lub bardziej uświadomione stresy? Leżę cicho pod kocem, zamykam oczy i ukryta, spokojnie przeczekuję nawałnicę kryzysu.

 

 

sobota, 31 stycznia 2009
48

 

Coś się ze mną działo. Chyba ta jej bliskość mnie niepokoiła. Myślałam o niej zawsze przed zaśnięciem. Czy ona już śpi? Może pali papierosa na małym balkonie na piętrze? Czasem widywałam ją tam. Nie widziałam całej postaci, ale tylko mały kawałek kiedy podchodziła blisko barierki. Kiedy on przychodził do mnie nigdy nie rozmawialiśmy. To była najbardziej widoczna zmiana między nami. Ona była za ścianą. Nie wiedziała o nas, ale my o niej tak. W ten sposób nie powinno się nikogo zdradzać. To co robiliśmy graniczyło ze świętokradztwem. Gdybyśmy byli tam daleko, w klubie, wszystko byłoby inaczej. Odległość ma magiczną moc. Im większa tym większe zapomnienie. Z każdym kilometrem rozmywa się prawdziwość zostawianej za sobą rzeczywistości. W tym ponurym domu uwierzyłam w komunikacje ludzkich ciał. Bezwiedną i nieświadomą. Doszłam do momentu kiedy bolał mnie każdy powrót z uczelni. Spędzałam całe dnie i noce poza tym miejscem smutnej i żałosnej zdrady. Z Kazimierzem milczeliśmy. Nasz seks był w tamtym czasie niemym teatrem. Poznałam smak wyrzutów sumienia. Budowałam im grubą ścianę w swojej głowie, ale przechodziły przez nią niczym duchy. Najgorsze chwile były wtedy kiedy mijałyśmy się przy furtce. Ona uśmiechała się i mówiła ciche dzień dobry. Kilka razy chciała przystanąć i zamienić ze mną kilka słów. Tego nie mogłam jej zrobić. Odpowiadałam dzień dobry i ruszałam szybkim krokiem w swoja stronę, udając pośpiech. Tamtego dnia też ją spotkałam. Po wymianie powitań zaprosiła mnie na kawę. Przyjęłam zaproszenie, wbrew sobie. Może z ciekawości, może z innego powodu którego nie rozumiem do dziś. Zobaczyłam fajny, ciepły dom. Ze zdjęciami z wakacji nad kominkiem. Roześmiani i przytuleni. Z wierzchu widziałam warstwę szczęścia. Cienką powłokę słodkiego lukru. Ona była szczęśliwa. Porozmawiałyśmy o jakichś nieważnych rzeczach. Poszłam do siebie i spakowałam wszystko. Poczekałam, aż wyjechała i wezwałam taksówkę. Nie wiedziałam dokąd jechać. Taszcząc bagaże postanowiłam pomartwić się o to kiedy już wsiądę. Spojrzałam jeszcze raz na dom i przypomniała mi się pogodna twarz tej kobiety. Życie jest takie, jakim je widzimy, a nie takie jakie rzeczywiście jest. Mimo wszystko wolałam oddalić się od tego miejsca z przekonaniem, że zostawiam ją w bezpiecznym świecie. A jeśli kiedyś bańka jej szczęścia pęknie z hukiem jak balon na jarmarku, ja będę daleko.

 

 

sobota, 17 stycznia 2009
47

 

Tego dnia Kazimierz przyszedł dużo wcześniej. Spotkaliśmy się w drodze do klubu. Przez moment patrzył na mnie z niedowierzaniem. Dotychczas widywaliśmy się tylko w jednych okolicznościach. Jakby nie mógł uwierzyć, że poza klubem wyglądam do bólu przeciętnie. Kiedy ja skierowałam się do wejścia na tyłach budynku, on powiedział, że będzie na mnie czekał. Po kilkunastu minutach dołączyłam do niego. Już w naszych okolicznościach, znanych rolach i pstrokato błyszczących kolorach. Powiedział, że dziś ma dla mnie cały wieczór. Lubiłam takie dni, bo zarabiałam wtedy najwięcej a pracowałam najmniej. Zamówił drinki i patrzył na mnie w jakiś inny niż zwykle sposób. Zastanawiam się czemu nigdy nie jesteś ani trochę pijana po takiej ilości drinków? Bo nie piję drinków – odpowiedziałam cicho. Tylko płacisz jak za alkohol. Uśmiechnął się usłyszawszy o tym małym oszustwie. Mam dla ciebie propozycję – powiedział. Mówiłaś, że przeprowadzasz się na studia... Tak, ale zostało mi jeszcze trzy miesiące pracy. Muszę wynająć mieszkanie. Potrzebuję pieniędzy, a najłatwiej mogę zdobyć je tutaj... On wyciągnął z kieszeni kawałek kartki z numerem telefonu. Zadzwonisz jutro rano. Powiesz, że znalazłaś ogłoszenie i musisz pilnie wynająć to mieszkanie. Możesz wynająć od razu. Nie będziesz nic płacić... To znaczy ja będę płacił... A ja? Ty będziesz moja... Nie będę twoja... – zaczęłam, ale on szybko dodał: będziesz moja dwa razy w tygodniu. Byłam dla niego przyjemnym, miękkim przedmiotem. Albo zwierzątkiem. Chciał płacić za możliwość przytulenia i pogłaskania. A mi było wszystko jedno. Teraz też płacił. Schowałam kartkę do kieszeni i poszliśmy na górę. Kiedy wychodził zostawił na stole duży zwitek banknotów. Zapłacisz od razu za trzy miesiące – powiedział i pocałował mnie w policzek. Nigdy nie ufaj dziwce – odpowiedziałam chowając pieniądze do torebki.

Rano wybrałam numer. Usłyszałam niski, kobiecy głos. Babka była chyba w moim wieku. Przedstawiłam się i powiedziałam, że dzwonię w sprawie ogłoszenia. Zapytała kiedy chciałabym obejrzeć mieszkanie. Umówiłyśmy się na sobotę. Musiałam wyjechać z samego rana. W PKS-ie słuchałam disco polo z trzeszczących głośników i patrzyłam najpierw na bezmiar pól, a potem stopniowo krajobraz zapełniał się miastem. Kiedy wysiadłam na dworcu czułam się jak tymczasowy przybysz, obce ciało w wielkim i drżącym organizmie. W końcu dotarłam pod zapisany przez Kazimierza adres. Zobaczyłam duży dom, ciężką betonową bryłę. Po prawej stronie było dodatkowe wejście. Nacisnęłam przycisk przy furtce. Po chwili z domu wyszła kobieta. Była starsza ode mnie, chyba po trzydziestce. Wysoka, szczupła. Bardzo ładna. Podeszła do furtki i otworzyła ją kluczem. Przywitałyśmy się. Powiedziała, żebym szła za nią. Skierowała się do wejścia po prawej stronie. Weszłyśmy do domu. Zapaliła światło. Wewnątrz pachniało wiejskim domem. Dwa pokoje, łazienka i kuchnia. Rozejrzałam się szybko i powiedziałam, że jestem zdecydowana i chcę zapłacić za trzy miesiące z góry. Była zaskoczona. Moja natychmiastowa decyzja zbiła ją z tropu. Może pani zapłacić za jeden miesiąc – zaczęła powoli. Nie ma problemu. Spieszy mi się. Chciałabym wprowadzić się w przyszłym tygodniu. Oczywiście, proszę bardzo. Wyciągnęłam z torebki pieniądze i podałam jej. Wzięła je trochę niepewnie. Nie musi pani płacić od razu za trzy miesiące – powtórzyła. Tym razem twardo i zdecydowanie. Naprawdę nie ma problemu – powiedziałam, żeby zakończyć temat płacenia i pieniędzy. Proszę, tutaj jest komplet kluczy dla pani. Dziękuję. Przyjadę ze swoimi rzeczami we wtorek. Ruszyłyśmy do wyjścia. Nagle usłyszałam męski głos. Teresa, jesteś tutaj? Tak, już wychodzimy. Pani Marto, to jest mój mąż. Spojrzałam na mężczyznę. Przede mną stał Kazimierz. To pani Marta dzwoniła. Już się zdecydowała. Wprowadza się we wtorek. Kazimierz uścisnął moją rękę. Trzymał ją o moment za długo. Wyszliśmy w końcu, powiedziałam do widzenia i spojrzałam jeszcze na Teresę. Na jej spokojną twarz i duże, ładne oczy. Właśnie dlatego nigdy nie chcę być niczyją żoną.

 

 

wtorek, 13 stycznia 2009
46

 

Przeszukałam kilkakrotnie jego mieszkanie. Nic nie rozumiałam. To był przecież wypadek. Wychodziłam i wracałam, aby sprawdzić wszystko jeszcze raz. Zaczęło się od pamiętnika. Przeczytałam zaledwie kilka stron. Kiedy odkładałam go na komodę spadł i okładka rozłożyła się niczym skrzydła. Podnosząc zauważyłam, że jedna część okładki jest grubsza od drugiej. W sekretnie wklejonej kopercie był testament.

Moją wolą jest  aby w razie mojej śmierci moją spadkobierczynią była wyłącznie Marta X. Moje mieszkanie, moje pieniądze i wszystko co do mnie należało przekazuję Marcie X.

Porwałam kartkę na małe kawałki, a potem spaliłam w popielniczce. Myślałam, że testament zamienił się w siwy dym i zniknął na dobre. Kilka dni później musiałam jechać do jego mieszkania. Potrzebowałam kilku dokumentów, aby jego matka mogła bez problemu korzystać z jego pieniędzy. Otworzyłam cienki segregator, przerzuciłam kilka stron i znalazłam testament, który brzmiał:

Moją wolą jest  aby w razie mojej śmierci moją spadkobierczynią była wyłącznie Marta X. Moje mieszkanie, moje pieniądze i wszystko co do mnie należało przekazuję Marcie X.

Porwałam kartkę i wcisnęłam do kieszeni. Zaczęłam przeglądać wszystko po kolei. Znalazłam jeszcze pięć takich samych testamentów. Postarał się, aby testament został odnaleziony. Spaliłam je w domu, w tej samej popielniczce. Nazajutrz coś kazało mi wrócić do jego mieszkania. Sprawdziłam szuflady komody. Wszystkie były puste. Czułam jednak potrzebę wyjęcia wszystkich szuflad. Zrobiłam to. Na tylnej ścianie komody, przyczepiony taśmą klejącą, widniał kolejny, identyczny testament. Ogarnęła mnie złość. Najbardziej na to, że przyczepił go w tak idiotycznym miejscu. Tam przecież nikt nie miał prawa go znaleźć. A jednak właśnie został odnaleziony... Zabrałam się za konkretne przeszukiwania. Nie napiszę gdzie znalazłam pięć kolejnych kartek, bo to wszystko mogłoby oznaczać, że zwariowałam. Albo on zwariował. Albo zwariowało wszystko naokoło.

 

 

 

piątek, 02 stycznia 2009
45

 

Najgorszy czas w roku, czas świąt spędziłam z rodziną Wojtka. Pan Stefan osobiście przyjechał, aby mnie zaprosić. Cały czas był smutny z powodu mnie i Wojtka. Bardzo liczył, że nam się uda, że będę częścią ich rodziny. Było mi naprawdę przykro. Ten starszy człowiek był mi wyjątkowo bliski. Swoją spokojną, nie narzucającą osobą ogrzewał moje zastygłe serce. Spędziliśmy prawie całą wigilijną noc w ich małym mieszkaniu. Wśród haftowanych, ciężkich firan i białych staromodnych obrusów. Śpiewaliśmy kolędy i graliśmy w karty. Ich małe mieszkanie tętniło życiem, świętem i radością. Każdy dostał prezent. Żona pana Stefana kupiła mi zestaw kosmetyków. W ozdobnym, świątecznym kartoniku. Następnego dnia znowu spotkaliśmy się wszyscy na śniadaniu. Tam nikt nikomu nie przeszkadzał. Niczyja obecność nie zawadzała innym. Panowała aura niewymuszonej, naturalnej serdeczności. Wojtek chciał, abym spędziła z nim sylwestrową noc, ale musiałam odmówić. Byłam już umówiona. Z kimś bardzo odległym.

Wyjechałam z samego rana. Moje auto było pokryte grubą warstwą szronu. Wydrapałam tylko małe okienka w paru miejscach. Czekała mnie bardzo długa podróż. Przez pierwsze pół godziny jazdy miałam skostniałe ręce. Potem wszystko wewnątrz samochodu przyjemnie się nagrzało. Podczas całej podróży wyszłam z auta tylko trzy razy na kilka minut. Tęgi mróz chwytał mnie natychmiast w swoje szpony. Szybko zrobiło się ciemno. Jechałam powoli i w pewnym momencie zaczęłam się bać, że nie zdążę. Na siedzeniu obok jechała ze mną teczka pełna dokumentów. Miałam nadzieję, że mi to wybaczy. Poproszę go o to za kilka godzin jak tylko dojadę do celu mojej sylwestrowej podróży.

Wjechałam w końcu do małej wioski. Wszystko wyglądało inaczej niż wtedy gdy byłam tam po raz pierwszy. Zamiast złocistych zbóż na polach królowała gruba pierzyna śniegu. Bez trudu znalazłam jego dom. Kiedy wyszłam z samochodu nie było mi nawet zimno. Mocno zapukałam do drzwi. Czekałam dłuższą chwilę. Widziałam lekkie światło więc musiała być w domu. Zastukałam w okno. Po chwili rozległ się odgłos klucza przekręcanego w metalowym zamku. Stanęłyśmy naprzeciwko siebie. W pierwszej chwili mnie nie poznała. Dobry wieczór, powiedziałam cicho. Boże ty mój, szepnęła kobieta, to pani? Weszłyśmy do domu. Było przytulnie i ciepło. Zachęciła mnie, abym usiadła na fotelu. Sama przycupnęła na brzegu tapczanu. Mrok rozpraszały tylko choinkowe lampki, a telewizor brzęczał cicho. Przyjechała pani? – zapytała raz jeszcze. Proszę się do mnie zwracać po imieniu... Kobieta przyglądała mi się z pewnym rozrzewnieniem, może smutkiem? Chciałam z nim dzisiaj być... – powiedziałam tylko. Nie musiałam mówić nic więcej. Po chwili ona była już ubrana i razem ruszyłyśmy w mrok.

W oddali słychać było pierwsze wystrzały petard. Szłyśmy ścieżkami, pomiędzy hałdami śniegu. Nic nie mówiłyśmy. Po kilku minutach dotarłyśmy do cmentarza. Był ciemny i nastroszony grzbietami nagrobków. Ona szła przodem, ale ja doskonale pamiętałam drogę. Wreszcie dotarłyśmy do celu. Uchyliłam rąbek rękawa płaszcza, aby spojrzeć na zegarek. Mróz natychmiast rzucił się na kawałek nagiego nadgarstka. Była za pięć dwunasta. Kolorowe petardy wybuchały coraz częściej. Słyszałyśmy z oddali radosne krzyki bawiących się ludzi. O dwunastej ona przeżegnała się, a ja wyciągnęłam z torebki małego szampana i kieliszek. Wzięłam to wszystko specjalnie dla niego. Delikatnie usunęłam drucik z korka, a ten wyskoczył cicho. Tak, jakby nie chciał zmącić spokoju tego miejsca. Na grobie leżały świeże kwiaty. Ona musiała przychodzić tutaj codziennie. Postawiłam kieliszek między kwiatami i nalałam szampana. Wlałam wszystko, część przelała się oblewając kwiaty. Szczęśliwego nowego roku – szepnęłam. Mróz kłuł moją twarz, a łzy oczy.  Kiedy odchodziłyśmy zatrzymałam się na pół sekundy i powiedziałam mu to, co musiałam powiedzieć. Zmieniłam twój testament. Proszę, wybacz mi. I ruszyłam szybko, aby dogonić jego matkę. W drodze do domu też milczałyśmy, ale to było lekkie, dobre milczenie. Poczułam wtedy, że mi wybaczył.

 

 

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6